O autorze
Poliglotka mówiąca biegle pięcioma językami i trochę gorzej kilkoma więcej.
Z wykształcenia filolog (hispanistyka, italianistyka), z zawodu manager floty międzynarodowych koncernów :)

Kanał na Youtube
Blog
Fanpage

O pracy za granicą

Frankfurt nad Menem
Frankfurt nad Menem Sandra Scholz
Czyli jak to jest z tym zmywakiem.

Dość już mam słuchania o ględzeniu na temat roboty, którą rzekomo wykonują Polacy wyjeżdżający za granicę. Ja mieszkam w Niemczech i nie znam żadnego Polaka, który pracuje, bądź pracował jako pomywacz lub ma inną, równie niewdzięczną pracę. I muszę szczerze przyznać, ze Polacy zdecydowanie lepiej radzą sobie na niemieckim rynku pracy niż sami Niemcy. Zarówno w jednym jak i drugim przypadku mogłabym mnożyć przykłady. Na korzyść Polaków i niekorzyść Niemców.



Niemiec z reguły od razu po studiach wymaga pracy na kierowniczym stanowisku. Bo jest po studiach, to mu się należy. Efektem jest wieloletnie bezrobocie i chwytanie się tymczasowo czego popadnie, żeby tylko przeżyć i zapłacić czynsz za pokój dzielony z trzema innymi zdolniachami, lub jednopokojowe mieszkanie ze wspólną łazienką na cały budynek. Nierzadko zaczynają studiować drugi kierunek, bo pierwszy był do kitu. Polacy wręcz przeciwnie. Chętnie zaczynają pracę od niższego stanowiska, jednak już po dwóch latach się wybijają. Mają fajne mieszkania i wiedzie im się dobrze. I nawet po teoretycznie beznadziejnych studiach potrafią sobie radzić.

Żeby nie być gołosłowną przytoczę historie kilku przypadków, zacznę jednak od swojej własnej. Podczas studiów w Niemczech zawsze szukałam fajnej pracy. Raz jeden na początku szukałam czegokolwiek i wylądowałam jako pokojówka w hotelu. Ale wyleciałam stamtąd już po miesiącu. Nienawidziłam tej roboty, a ona nienawidziła mnie. Później zrobiłam w uniwersyteckim ośrodku sportowym kurs na instruktora aerobiku. Na egzamin nie poszłam, bo stwierdziłam, że aerobik jest paskudny. Ale pracę tam i tak dostałam. Jako instruktorka tańca brzucha :) A potem także jako instruktorka całkowicie autorskich zajęć sportowo-tanecznych. I muszę przyznać, że była to najlepiej płatna praca jaką kiedykolwiek miałam.

Zarejestrowałam również firmę, po to, żeby móc wystawiać rachunki za tłumaczenia, które również wykonywałam. Pracowałam jako tłumacz ustny konsekutywny na szkoleniach technicznych. Ale moja „firma” zajmowała się czymś jeszcze. Kiedy właściciele psów wychodzili do pracy, przywozili swoje pupile do mnie. Mieszkałam wtedy w akademiku na 18 m2, ale nie brałam pod opiekę więcej niż jednego psa. To z kolei była chyba najfajniejsza praca :) Nie musiałam robić nic, oprócz wychodzenia na spacery i biegania za stukniętym psem. Później dostałam pracę jako nauczycielka języka włoskiego. Najpierw w szkole językowej a potem w studium pomaturalnym. Sama jeszcze byłam studentką, a doświadczenia nie miałam żadnego.

I udało się. Wysłałam wtedy cztery CV, a na dwa dostałam pozytywną odpowiedź. Później przyszła kolej na pracę w agencji mediowej, gdzie zostałam zatrudniona ze względu na znajomość polskiego i włoskiego. Też byłam wtedy studentką. Robiłam research w mediach. Płacili niezbyt, ale za to można było pracować czasami z domu. Po drodze zahaczyłam o małą firmę, w której uczyłam się robić programy w Accessie. Niestety musiałam z tej pracy zrezygnować ze względu na przeprowadzkę. Jednak zaraz potem dostałam pracę w dziedzinie zarządzania flotą w bardzo międzynarodowej firmie. Również tę pracę dostałam za względu na języki. Używam w pracy niemieckiego, włoskiego, angielskiego i hiszpańskiego. A za niedługo zacznę również używać polskiego, na co bardzo się cieszę. Nie studiowałam ekonomi, matematyki, ani informatyki, lecz filologię włoską i hiszpańską. Teoretycznie powinnam przepaść z kretesem.

Znajoma nr 1 podczas studiów pracowała jako researcher w pewnym instytucie kryminalistyki. Później jako tłumacz techniczny polsko-niemiecki, następnie jako ktoś od jakichś danych, czego dokładnie nie rozumiem. A po studiach dostała pracę ponownie jako tłumacz techniczny, lecz w innej firmie. Studiowała polonistykę, niemiecki i hiszpański. Też teoretycznie powinna być bezdomna, bo w Niemczech ponoć nie można dostać pracy tłumacza, jeśli nie studiowało się tłumaczeń.

Znajoma nr 2 dostała po studiach pracę jako nauczycielka języka niemieckiego w szkole. Polka uczy niemieckie dzieci niemieckiego! A Nawet nie posiadała wtedy uprawnień do nauczania, dopiero później je uzupełniła. Studiowała germanistykę. Znam nawet dziewczynę, która pracuje z powodzeniem jako przedszkolanka bez przygotowania pedagogicznego. I też się dało! Ale ona ma powołanie.

Znajoma nr 3 po studiach germanistyki i polonistyki dostała pracę w dziedzinie PR. Mogła wybierać wśród pracodawców. Również przy zmianie miejsca zamieszkania nie miała problemów ze znalezieniem nowej pracy. W tym samym czasie Niemki starające się o pracę w tym samym zawodzie pukają od drzwi do drzwi i w najlepszym wypadku dostają marne pieniądze za 60-cio godzinny tydzień pracy. Znam tylko jeden przypadek Niemca, który dostał po studiach dobrą pracę. Ale on jest matematyko-informatykiem, a oni nigdy nie mają problemów :)

Przykłady mogłabym jeszcze mnożyć, ale podobno nie lubicie dużo czytać. Żeby nie było, że tylko kobiety sobie radzą, muszę też wspomnieć o mężczyznach. Jeden skończył w Niemczech elektrotechnikę i pracuje w swoim zawodzie. Drugi skończył (w Polsce) BHP i też pracuje w swoim zawodzie. Trzeci jest prawnikiem, czwarty dziennikarzem, itd. Widzę również, że inni obcokrajowcy w Niemczech także radzą sobie całkiem nieźle. Jednak rzeczywiście aby dostać dobrą pracę, trzeba znać język niemiecki. Mam w biurze koleżankę, która nie zna zbyt dobrze, ale ona jest z Francji i zna angielski :)

I niech nikt więcej nie mówi, że Polacy pracują za granicą na zmywakach i nie mają szans! Oczywiście ekspertami w tej dziedzinie są ludzie, którzy nigdy nawet nie spróbowali pracować w innym kraju. Mam nadzieję, że udowodniłam również, że humaniści nie są nic nie wartymi idiotami, których nikt nie potrzebuje i nie chce zatrudniać.
Trwa ładowanie komentarzy...