10 najlepszych książek z dzieciństwa

Sandra Scholz
Na niedzielę coś przyjemnego. Może zachęci kogoś do sięgnięcia po lektury z przeszłości.

Jako dziecko zaczęłam czytać książki, bo dla mnie czytanie było atrybutem dorosłości. Mój tato czytał codziennie. Co dwa tygodnie chodził do biblioteki, aby wypożyczać nową stertę książek. Nie mogłam się już doczekać, kiedy i ja będę umiała czytać i zacznę chodzić do biblioteki. W końcu nastał ten dzień i wciągnęłam się. A oto lista moich ulubionych książek z dzieciństwa.



1. „Nawiedzony dom” Joanny Chmielewskiej i cała seria o Janeczce i Pawełku oraz o Teresce i Okrętce. To książki przy których można boki zrywać. I kojarzą mi się z wakacjami nad morzem. Chmielewska to królowa i właściwie samymi jej książkami mogłabym obsadzić większość miejsc na tej liście.

2. „Heidi” Johanny Spyri mnie absolutnie urzekła. Uwielbiałam książki o górach i zawsze marzyłam o zamieszkaniu w Szwajcarii. Coś mi nie wyszło, ale kto wie. Marzyłam o tych halach, o tych łąkach pełnych kwiatów i zazdrościłam tej małej, że tak biega po pastwiskach razem z kozami. Kozy też kocham do dziś :)



3. „Wakacje z duchami” Adama Bahdaja. Nie miałam specjalnych upodobań do zjawisk nadprzyrodzonych, zresztą zarówno w tej książce, jak i w książce Chmielewskiej, nie o duchy chodzi. Kto czytał, ten wie. Inne książki Adama Bahdaja również podpinam pod ten punkt. Szczególnie miło wspominam „Podróż za jeden uśmiech”. To akurat nie kryminał, ale książka nadrabia innymi zaletami.

4. „Ania z Zielonego Wzgórza” L.M. Montgomery. Tę książkę czytałam chyba dziesięć razy. Jak Ania tonęłam w otchłani rozpaczy i też przez przypadek zafarbowałam włosy na zielono :) Przeczytałam całą serię o Ani, a potem wszystkie inne książki Montgomery. Mimo że klimat jakoś nie pasuje, ale to właśnie z jej książkami najczęściej siedziałam z latarką pod kołdrą.

5. „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren. To była bardzo ciepła książka i bardzo wciągająca. Po tej lekturze również zaczęłam kolekcjonować zakładki do książek i sama je robić. Zszywało się to z kartek pocztowych, albo wybielało stare klisze i wypełniało zasuszonymi kwiatami. Niestety u mnie nic nie ginie tak pięknie, jak zakładki i parasole, więc żadna się nie uchowała przez dłuższy czas.

6. „Zew krwi” i „Biały kieł” Jacka Londona. Nie wiem dlaczego, ale uwielbiałam książki o zwierzętach wyciskające łzy z oczu. Ile ja się napłakałam nad tym Kłem, nad tym psem, co jeździł koleją i nad tym bernardynem z Alp. Za nic nie pamiętam jaki był tytuł i autor tej ostatniej. Jeśli ktoś zna, to niech da znać. Chciałabym odnaleźć tę książkę.

7. „Doktor Dolittle” Hugh Loftinga mnie urzekł, bo był super gościem. Przeczytałam wszystkie. Facet umiał rozmawiać ze zwierzętami, więc był moją pokrewną duszą. U nas w mieszkaniu zawsze się roiło od rozmaitych stworzeń. A ja zostałam zaklinaczem psów, kotów i kóz w szczególności :)

8. "Pan Samochodzik" Zbigniewa Nienackiego. Te książki zna chyba każdy. Kryminał i ratowanie polskich dóbr kultury w jednym. Przeczytałam wszystkie części i rozpaczałam, że się skończyły. I też chciałam jeździć taką nieporadnie wyglądającą błyskawicą, kiedy będę duża. Marzenia spełniają się chyba połowicznie. Bo takiego starego, małego gratka to ja mam, tylko silnik nie taki i umiejętności też nie te.

9. Wszystkie książki o Tomku Sawyerze Marka Twaina. Pierwsza miała wszystko, co trzeba: była zabawna, były sceny grozy i była Becky :) Potem jakoś poleciałam z rozpędu.

10. „Długi deszczowy tydzień” Jerzego Broszkiewicza to była pierwsza książka, którą kupiłam. Czytałam kilka razy, zawsze w deszczowe dni :) Do dziś stoi na półce. Czytało się przyjemnie i ciepło ją wspominam.
Trwa ładowanie komentarzy...