Dobra i zła literatura

Sandra Scholz
Kilka lat temu przeglądałam jakieś forum czytelnicze. I pamiętam do dziś jak pewna kobieta chcąc się podzielić swoją pasją napisała, że czyta Danielle Steel. Tak ją obrzucili błotem, że już się więcej nie odezwała. Szpanerskie snoby wyznaczają co warto czytać, a czego nie.

W Polsce dziwna literatura jest ceniona. Ta polska i ta zagraniczna. Przez snobów. Którzy w życiu chyba nie przeczytali żadnej książki dla przyjemności. Im książka służy jedynie do popisywania się w gronie innych snobów. Tak mało cenimy pisarzy, którzy piszą dla zwykłych ludzi. Zawsze mnie dziwiło, po co u licha czytać jakieś chore wynurzenia o nałogach, kompleksach Edypa, innych zboczeniach i o beznadziejnym życiu innych ludzi. Bo niestety przeważnie takie książki są brane bardzo „serio” i wysoko oceniane. A niestety nic nie wnoszą. Co najwyżej niesmak. Co innego książki, które pozwalają poznać dzieje, czy kulturę nam nieznaną. Ewentualnie znaną i ją po prostu powspominać. Losy ludzi bywają tragiczne i dobrze je poznać, ale o patologiach w czterech ścianach wiedzieć nie muszę. Ludzie, czy wy naprawdę macie tak piękne, kolorowe i zabawne życie własne, że dla odmiany wolicie poczytać o cudzej mizerii? Bo moje życie jest na tyle zakichane, szare i nudne, że kiedy siadam do czytania, to wolę się pośmiać, dowiedzieć czegoś fajnego, przeżyć przygodę lub po prostu się odprężyć czytając sobie o tym jakie jest fajne to życie u kogoś innego.



Wydaje wam się, że dobra literatura jest pisana dla celów wyższych. Otóż tak nie jest i nigdy nie było. Autorzy często pisali dla zwykłych ludzi. Dlatego, że tylko z takim pisaniem wiązał się przyzwoity zarobek. Pisali dla kasy. I nawet się z tym nie kryli. I to właśnie oni byli licznie czytani, to na ich sztuki ludzie walili tłumami do teatru i to ich dzieła przeszły do historii jako te genialne i wiekopomne.
Co mądrzejszy tworzył dla klasy średniej i przeliczał złote monety. Tworzenie dla samego tworzenia lub inteligencji nigdy nie było opłacalne. I na takich podstawach została zbudowana historia literatury. Weźmy za przykład teatr. Chyba każdy zna Moliera, Goldoniego i Lope de Vega. Dziś ich sztuki uznawane są za arcydzieła i powszechnie poważane. Zachwycamy się dziś tym, co zostało napisane dla prostych ludzi niezdolnych wznieść się na wyżyny sztuki Arystotelesa. I dlatego ci trzej panowie Arystotelesa i jego zasady mieli gdzieś. Wiedzieli, że zarobić można dając ludziom to, co chcą oglądać. Dlatego nie tworzyli tak wielce szanowanej formy jaką był dramat, lecz zostali komediopisarzami. No hańba po prostu. Mieszczuchy przychodziły zrywać boki ze śmiechu i wszyscy byli zadowoleni. Zresztą król też lubił popatrzeć. Tak było wtedy i tak jest dzisiaj. Ludzie lubią się pośmiać. I będą za to płacić.

Dzisiaj krytykujecie jakieś Harry i inny Pottery. Ale po co? Jak się swojego czasu Kasi Tusk oberwało, kiedy napisała post o czytaniu! Bo jak czytać, to tylko nudziarzy, czy co? Dlaczego? Przecież ludzie zawsze czytali dla przyjemności. Zawsze było marzeniem autorów, żeby się wstrzelić w gusta czytelników. A nie te gusta kształtować. A jak jednemu się coś nowego udało, to co najmniej przez następne trzydzieści lat inni podążali jego śladem. Po to, żeby ludzie ich czytali, żeby wydawnictwa chciały drukować, a ludzie kupować. Z takiego Don Kichota cała Hiszpania boki zrywała swojego czasu. A kto nie umiał czytać, ten siadał tam, gdzie mu na głos przeczytali. A Cervantes do Kichota nawet opowiadania wrzucił, z którymi nie miał co zrobić i pozbyć się ich nie mógł. Balzac pisał po 15 godzin dziennie, a jego powieści przez jemu współczesnych były uważane za niepoważne. Ale za to czytane były. Niemiecki krytyk literacki Marcel Reich Ranicki (Polak właściwie) twierdził zawsze, że literatura nie może być nudna. I książka, która nie jest czytana przez wystarczającą ilość ludzi, nigdy nie będzie miała znaczenia. Przy każdej książce, którą brał do ręki, zadawał sobie pytanie: „Kogo to obchodzi?”.

W innych krajach autorów się ceni. Oczywiście, że profesorowie literatury patrzą na nich z przymrużeniem oka i ironicznym uśmieszkiem. Problem w tym, że w Polsce bardzo wielu uważa się chyba za profesorów literatury, mimo że nimi nie są. W Niemczech książeczki Rosamundy Pilcher sprzedają się od wielu lat fantastycznie, kobieta zarobiła krocie na książkach i ekranizacjach. Tych ostatnich doczekała się stu. A ludzie to czytają, oglądają i się nie wstydzą, nie głoszą wszem i wobec, że to dno i napędzają turystykę w Kornwalii. Ja nie przeczytałam ani jednej i nie widziałam ani jednego filmu, bo nie gustuję w romansidłach. Ale jeśli ktoś gustuje, to ma do tego prawo i nikomu nic do tego. A już na pewno nie należy kogoś obrażać z tego powodu. Autor ma natomiast prawo tak pisać, jak chce i zarabiać jak najwięcej. Jeśli wywoła uśmiech na czyjejś twarzy, jeśli ktoś poczuje się lepiej, to fantastycznie. A w Polsce co? Joanna Chmielewska była ekranizowana, owszem, ale w Rosji. Na tych filmach ktoś by zarobił u nas miliony, ale jakoś nikt się pokwapił. Na szczęście takie autorki jak Kalicińska i Grochola doczekały się sukcesu, ale i tak wstydzicie się przyznać, że czytacie. Ja uwielbiam Kalicińską, wiele przyjemnych chwil spędziłam z jej książkami i chwała jej za to. I śmiałam się i płakałam. Polska niestety nawet Szymborskiej za bardzo nie doceniła. Bo kobieta miała poczucie humoru i limeryki pisała. Na szczęście ktoś inny się na niej poznał.

Nie wierzę, że ktoś naprawdę lubi czytać te wszystkie „ambitne” tragiczne wywody „dobrych” pisarzy. Po takim ktosiu od razu widać, że czytać nie lubi w ogóle. Przerabia może ze dwie książki rocznie i jest po nich tak zmaltretowany psychicznie, że na więcej nie ma siły. Uważa skrycie, że książki są nudne i beznadziejne, ale przynajmniej jest o czym pogadać na salonach z innymi snobkami. Zawsze mnie zastanawia, że komuś się w ogóle chce. Nudziarze nie przetrwają, o nie. Będzie tak, jak było zawsze. Przetrwają ci, którzy są czytani przez miliony.

Kiedy przyjechałam do Niemiec prawie dekadę temu, również byłam typowym, polskim szpanerem, który z politowaniem spoglądał na ludzi czytających Nicholasa Sparksa. Na szczęście szybko mi przeszło, kiedy zauważyłam, że ci ludzie wcale głupi nie są. A wychowana na polskich wzorcach tak niestety kiedyś myślałam. Nie ma sensu obrażać ani czytelników, ani autorów, ani chować się z kryminałem po kątach.
Trwa ładowanie komentarzy...